Menu

odrosnę w rdzeniu drzewa

poezja, literatura, muzyka, sztuka

literatura

"i z tych iskier nieraz coś"

nati.z



tu

POEZJA

Ewa Brzoza-Birk, Roman Bromboszcz, Błażej Jacek Klajza, Karol Maliszewski, Anna Musiał, Katarzyna Ślączka, Mirka Szychowiak, Aleksander Wierny

PROZA

Wioletta Leśków-Cyrulik, Karol Maliszewski, Mirka Szychowiak, Sabina Waszut

FOTOGRAFIA-GRAFIKA-MALARSTWO

Ula Dzwonik, Kurt Eichhorn, Alexander Ermolaev, Fotini Hamidieli, Nikolaus Hirschmann, Ewa Kantorczyk, Krzysztof Ogonowski

sZAFa Presents

Izabela Drzewiecka-Antolak - Wiersze

René Pascal - Biel w Mediolanie

Tadeusz Wroński - Wspomina Maria Dziedziniewicz z Galerii M we Wrocławiu

ESEJE-FELIETONY-RELACJE

Mirek Antoniewicz - Pakal Wielki w Galerii Sztuki Brzeskiego Centrum Kultury Andrzej Walkusz „Kolor w grafice”

Paweł Dąbrowski - Zapiski Portowe (XV Port Poetycki w Chorzowie)

Ewa Frączek - Zdrowie psychiczne jako dramat racjonalisty, czyli między doktorem Freudem a doktorem Franklem różnicy brak

Magda Harmon - Prawa Półkula

Leszek Jodliński - Białe żagle nad Tel Awiwem * (No) Better Place

Wioletta Leśków-Cyrulik - Nieistnienie

Błażej Szymankiewicz - Unieśmiertelniona. Esej o pewnej fotografii

z czasów hiszpańskiej wojny domowej

TEATR-FILM

Agata Jabłonowska-Turkiewicz - Urodziny. Kameralna sztuka w trzech aktach

RECENZJE

Paweł Dąbrowski - Węzły znaczeń. Szymon Słomczyński „Latakia” * Po starym świecie. Andrzej Sosnowski „Trawers” 

* Noc i sen. Marta Zelwan „Graffiti” * Nie/urok małego miasteczka. Zbigniew Wojciechowicz „Dulszczynea” 

* Wiersze z Krakowa. Ewa Sonnenberg „Wiersze dla jednego człowieka” * Zabawy słowne długopisem. Miłosz Waligórski „Długopis”

Ewa Frączek - Remigiusza Mroza wykładania o tym, że w `39 Niemcy napadli na Polskę, czyli raz na kilka lat człowiek może być złośliwy

Magda Gałkowska - Kara za jątrzącą się pierdołowatość. Paulina Korzeniewska „Pogodna biel dobrego samopoczucia”

Alicja Łukasik - Marcin Orliński „Środki doraźne” * Paweł Nowakowski „Między innymi” * Natasza Goerke „Tam”

Paulina Mikołajczyk - Dorota Masłowska „Jak przejąć kontrolę nad światem”

Jakub Sajkowski - Zasnąć i obudzić się to też podróż w czasie. Daniel Madej „Mała Epoka”

Mirosława Szott - Soczewka skupiająca światło. Justyna Koronkiewicz „Szamanka”

Aleksandra Urbańczyk - NA FALACH MYŚLI, WŚRÓD MORSKICH FAL, 

„Księga Morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku”, Morten A. Strøksnes 

* W duchu Czechowa – nowy zbiór opowiadań Elżbiety Isakiewicz „Niewyśnione historie” 

* „Wakacje nad Adriatykiem” Zofii Posmysz, ponownie dostrzeżone arcydzieło literatury polskiej

Małgorzata Zakrzewska - Szepty kamieni. Berenika Lenard & Piotr Mikołajczak, „Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii”

ROZMOWY W sZAFie

Małgorzata Południak rozmawia z Tadeuszem Baranowskim (III)

WYWIAD

Małgorzata Południak rozmawia z Mirkiem Antoniewiczem


pamięci odchodzenia

nati.z
Często jest tak, że wiersz budzi mnie we śnie. Wstaję i go zapisuję. Czasem nawet bez poprawek. Ostatnio mam dobry czas, wiersze sypią mi się jak z rękawa. Jednocześnie chcę zaznaczyć, że pisanie dla mnie to jest działalność zupełnie bezinteresowna, nienastawiona na żaden zysk ani poklask, choć chcę poprzez tę aktywność wyrazić siebie i swoje istnienie.(fragment z wywiadu )Tadeusz Kijonka
 
- publicysta, poeta, dziennikarz, kierownik literacki Opery Śląskiej, wieloletni redaktor miesięcznika "Śląsk"zmarł wczoraj w wieku 80 lat
 

Męski rym

Od nich zaczyna się wszystko: tych, co zostają tu.
Zawsze – co pokolenie, nim ciała przetrawi piach.
Ileż już myśli i wierszy złożyło głowę na pniu -
A jednak wciąż matki rodzą,
By w łonie pokonać strach.

Koniec jak rym się powtarza: potomstwo wydadzą znów
Starsze o własną pamięć, by zmarłych wezwać na sąd.
Nie będzie nic zapomniane, co kończy się w błysku luf.
Do źródła jest jedna droga – na oślep …
Zawsze pod prąd.

To się powtarza, powtarza – ten skoczny straceńców hymn;
Więc klęska nie bywa klęską, bo więcej jest okien niż krat.
Dlatego co pokolenie, jak werbel brzmi męski rym
W marszu.
To martwi wracają …
Żeby nie zerwał się ślad.

Tadeusz Kijonka

 

Z przystanku Giszowiec

nati.z

 



Książka lekka, przyjemna, pisana po śląsku z humorem, o losach rodziny mieszkającej w dzielnicy Katowic  - Giszowcu. Obecnie nikt z rodziny już tutaj nie mieszka. Autorka w latach osiemdziesiątych wyjechała do Niemiec. Tęskni, dlatego sięgnęła po pióro i opisuje to, co zapamiętała, przeżyła. Dużą pracę wykonała redaktorka, która musiała ogarnąć tę opowieść pisaną sercem i emocjami. W książce zawarty jest słowniczek gwarowy dla ułatwienia czytania osobom spoza regionu. Znajdujemy też zdjęcia z archiwum autorki. Śledzimy losy giszowioków, jesteśmy u nich na placu, przechodzimy gonkami, w których to straszy - najsłynniejszą była biała ręka, słyszałam o niej w dziecięcych latach.( gonki - skróty wiodące przez ogródki, z jednej ulicy na drugą), bawimy się z dziećmi na banie, na glajzach siedzimy jak nas bolą nogi. Znam to znam, ponieważ mieszkałam przez jakiś czas niedaleko autorki. A mój dziadek często mówił: jak piwko, to Piwko mieszko naprzeciwko.

Otylia Lorek pisze już następną opowieść, o 25 letnim okresie swojego życia, którego nie ujawniła w debiutanckiej książce. Autorka chodziła z moją mamą do podstawówki. Jest pełną werwy urodzoną gawędziarką, co mówi, szukając wydawcę, można posłuchać tutaj.

Będąc wczoraj na spotkaniu autorskim, pomyślałam: warto sięgnąć do pamięci, napisać kilka wierszy o Giszowcu ( kilka mam), szczególnie o zapomnianych osobach, których zabrakło w "Czarnym Ogrodzie" M. Szejnert. Nie wiem czy pojawiają się w książce Otylii Lorek. Taką osobą wielce zasłużoną na Giszowcu był lekarz Gregor, zawsze bez względu na porę dnia służył pomocą pacjentom, Był również pierwszym posiadaczem samochodu w tej dzielnicy. Niestety, tragicznie zginął z całą rodziną - żoną i dwiema córeczkami w wypadku samochodowym na ul. Murckowskiej w latach pięćdziesiątych.

Czytanie w sZAFie

nati.z

Tu 



POEZJA

 

Lucyna Brzozowska, Karol Ketzer, Justyna Koronkiewicz,

Robert Konca, Damian Kowal, Agnieszka Moroz, Katarzyna Zwolska-Płusa

 

PROZA

 

Magda Harmon, Agnieszka Jeżyk, Wiktor Orzeł, Beata Zdziarska,

Agnieszka Wiktorowska-Chmielewska

 

FOTOGRAFIA-GRAFIKA-MALARSTWO

 

Maurizio L'Altrella, Michał Liszka, Alvarenga Marques, Tomasz Rozenberg,

Elenashirin Ferrario-Scacchi, Justyna Warwas

 

sZAFa Presents

 

Leszek Rózga - Ciało i duch

Jakub Sajkowski - O twórczości Yu Hua na przykładzie jego powieści i eseistyki

Maja Staśko - Otua. Autoterapeutyczność a autotematyczność

wokół Szklanych ust Lecha Majewskiego (VII) 

ESEJE-FELIETONY-RELACJE

 

Paweł Dąbrowski - Burze teatralne * Ewa i jej papierowi kochankowie

Ewa Frączek - Rechot w teatrze

Leszek Jodliński - Cmentarz zapomnianych książek. Kartka z Lyonu

Klaudia Raczek - Dlaczego przestałam chodzić na prezentacje książek.

Spotkania autorskie jako narzędzie marketingu

 

TEATR-FILM

 

Leszek Jodliński - (Nie)szczęście świata

Natalia Kołaczek - Szwedzka teoria miłości, filmowa teoria szwedzkości.

Agnieszka Moroz - Rodzina jako zbiór pusty

 

RECENZJE

 

Paweł Dąbrowski - Autorefleksje z tomu do podróży. Justyna Bargielska, Selfie na tle rzepaku * Z dnia na dzień. Wiktor Orzeł, I tak dalej  * W pomrokach tożsamości. Julia Szychowiak, Naraz * Wrażliwy meeting z polityką. Dawid Mateusz, Stacja wieży ciśnień

Ewa Frączek - O trzech płytach i trzech poetach

Magda Gałkowska - Niebo jest najczystszym wierszem.

Damian Kowal Najmniejsze przeboje z Tristan da Cunha

Justyna Kasperek - Wiersz jako pośrednik. Kacper Bartczak -  Wiersze organiczne

Karol Maliszewski - Mowa obok jego mowy. Kilka zdań o interesującym debiucie. Daniel Fernandes da Fonseca, Ozory

Paulina Mikołajczyk - Grzegorz Bogdał, Floryda

Daria Nowicka - Wieloskrzydłe Motyle Nelly Sachs. Wokół Rozżaarzonych zagadek

Małgorzata Południak - Wiersze pierwsze i drugie. Karol Ketzer, Pięszczoty

Aleksandra Urbańczyk - Każdy ma swój Patusan… Joseph Conrad Lord Jim * Spotkanie z diabłem ryfejskim – czyli książka, która zajęła pierwsze miejsce w Konkursie Literackim „Z Biblioteki Ducha Gór”. Magdalena Woźniak Gniazdo żmij. Rzecz o laborantach z Karkonoszy

Marcin Włodarski - Czarne granice. Marcin Kydryński - Biel Notatki z Afryki

Małgorzata Zakrzewska - I nie wróciłeś... Marceline Loridan-Ivens

 

CZYTANIA

 

Sławomir Hornik - Zapamiętaj: jestem jedyny. (T. Majeran, Lekcja 1)



Tischner Podróż

nati.z

Książka wspomnieniowa. Postać ks. Józefa Tischnera pojawia się we wspomnieniach członków najbliższej rodziny, sąsiadów, kolegów ze szkolnej ławy, studiów, redaktorów. Ilustrowana zdjęciami. Na kartach książki widnieją również przemyślenia księdza i filozofa.

Kiedy patrzę na moją robotę księdza i filozofa, wtedy łapię się na tym, że przez te kilkadziesiąt lat pracowałem gównie nad ludzką nadzieją. Nad miłością innych człowiek nie pracuje, bo każdy sam musi pracować nad swoją własną miłością. Prawdę powiedziawszy, nad wiarą też nie ma co pracować, bo to jest łaska Boża albo komuś dana, albo niestety - nie dana. Natomiast nad ludzką nadzieją od przedszkolaka, ucznia, aż do dorosłego w rozmaitych sytuacjach, na rozmaitych życiowych zakrętach wciąż trzeba pracować.

Ks. Józef Tischner

 Nie jest wolny człowiek, który nie potrafi przyznać się do winy. Nie jest wolny naród, który nie potrafi wysłuchać wyznania win i uczynić takiego wyznania. Nic tak nie krępuje wolności, jak wina nienazwana i niewyznana. Winy narodowe są zazwyczaj dwojakie: winy królów i winy poddanych. U ich źródeł lezą dwojakie abstrakcje, mają bowiem swoje abstrakcje władcy i maja swoje abstrakcje poddani. W tej sferze milczenia być nie powinno. Musi wydarzyć się prawda, która jest kamieniem węgielnym wzajemności.

 Polska jest ojczyzną  ks. Józef Tischner

Niebo nie przychodzi znikąd. Coś z nieba mamy w sobie. Człowiek dla drugiego człowieka może być częścią nieba. Niestety, także może być częścią piekła.

 Tischner czyta Katechizm

 Świat gro. Syćko co jest, jest grane. Słychać harmonije przestworzy. Ale tego kożdy nie usłysy. Ludzie majom hałas w uchu. Ale nie ino w uchu, w dusy tyz. Za duzo hałasu w ludziak, coby mogli to uslyseć. Ale jakbyś to kie usłysoł, to byś pojon tajemnice świata.

Historia filozofii po góralsku ks. Józef Tischner

w tamtych stronach

nati.z

   "Teraz jest zima i potrzebuję takich dźwięków. Z okna widzę dwukonny zaprzęg i czterech okutanych facetów na wozie. Konie, mimo że kute na ostro, niepewnie stąpają po lodzie. Wynurzyli się z mgły i po chwili znów ich nie było. Ach, gdyby było lato, zamiast wracać do swojej Pętnej albo Małastowa, mogliby ruszyć w stronę Koniecznej i tam jakimś cudem zmylić straże i przepisy, i przemknąć na słowacką stronę. I byle do Zborova, a tam przepadliby wśród miejscowych, nie różniąc się od nich stylem, strojem, fizjonomią i ogólnym wyglądem. To powinno być w maju, gdy jest już trawa dla koni i tylko czasem nad ranem chwyta przymrozek. Sam bym się z nimi wybrał, żeby patrzeć na wolno przesuwający się świat i na ich twarze, w których odbija się odmienność podobna do tego, co dobrze znane. Przysiadłbym sobie z boku jak duch i słuchał ich słów. Prawdopodobnie mówiliby o tym, że wszystko się zmienia ale nie aż tak, żeby od razu wytyczać granice. Słowackie nazwy nie postrzeżenie zmieniłyby się w węgierskie, potem w rumuńskie, w serbskie, macedońskie i w końcu zapewne w albańskie – jeśli przyjąć, że droga wiodłaby mniej więcej opłotkami dwudziestego pierwszego stopnia długości geograficznej wschodniej. Tak, siedziałbym z boku jak duch i w duchu popijał z nimi zmieniające się razem z pejzażem alkohole: borowiczki, korte palinkę, cujkę, rakiję i na koniec, gdzieś nad Jeziorem Ochrydzkim, albańską raki. Nikt by nas nie zatrzymał i pies z kulawą nie spojrzałby krzywo, jeśli tylko trzymalibyśmy się z dala od głównych szos. W tamtych stronach pełno jest zapomnianych dróg. Skręca się trochę w bok i czas zwalnia, jakby się wymknął spod czyjegoś czujnego spojrzenia. Zużywa się powoli, jak ubrania facetów podróżujących na wozach. To, co wygląda jak do wyrzucenia, trwa, tleje i szarzeje aż do spokojnego końca, do chwili, gdy istnienie niepostrzeżenie zamienia się w nicość. Tak sobie to wyobrażam, gdy oni już zniknęli w mgle. Widzę jak przemierzają stępa Nizinę Węgierską, Siedmiogród i Banat, jakby się tam urodzili i wracali właśnie do domu z targu, z odwiedzin, z pracy w polu albo w lesie. Czas rozstępuje się przed nimi jak powietrze i na powrót zamyka, gdy tylko przejadą. To zwierzęta sprawiają, że czas odzyskuje swoją starą postać. One są żywe, lecz nie niszczą jego delikatnej materii."

Andrzej Stasiuk  Jadąc do Babadag

Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2004

__________________________________________________________________________

 

Byłam w M i w tamtych stronach. Czas zwalnia, szczególnie w zimowych okolicznościach przyrody, gdy wszystko zasypane, zaspane. Wróciłam do "Jadąc do Babadag", kilka lat temu potraktowałam nieco po macoszemu tę książkę. Teraz rozsmakowałam się szczegółami, szczególikami podróżowania.

Gdy wracaliśmy do K., za Łużną minęliśmy jednokonny zaprzęg z wozem. E., która lubi chodzić do stadniny koni (na Bolinę) , obserwować je, zapytała: a co ten konik robi?

 

Feldpost

nati.z

Wydawca

Muzeum Historii Katowic

Instytut Pamięci Narodowej - Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu

Oddział w Katowicach

Katowice 2013

 

Pocztówki zamieszczone w publikacji pochodzą ze zbiorów Rodziny Przybyłów, wybrano te najciekawsze. Pisał je Antoni Przybyła, który w ciągu ponad dwóch lat w armii niemieckiej zdążył walczyć na różnych frontach I wojny światowej. Zmobilizowany został we wrześniu 1916r. Początkowo był rekrutem w obozie Śląskiego Batalionu Saperów nr 6 w Nysie. Po przeszkoleniu, w listopadzie został wysłany na front bałkański. 30 marca został ranny w walkach na granicy z Grecją. Po okresie leczenia w szpitalach polowych i rekonwalescencji, pod koniec lipca 1917r. trafił na tereny wschodniej Galicji, Bukowiny, Siedmiogrodu, a następnie na front zachodni, do Francji. Ostatnie dwa tygodnie wojny spędził we Flandrii. Do Janowa wrócił w styczniu 1919r., kiedy zwolniono go ze służby wojskowej.

Teksty na pocztówkach są lapidarne, poprawne politycznie ( wiadomo, istniała cenzura pocztowa). Wyjątkiem jest kartka z czerwca 1917r. Autor świadomie nie pisał o dramatycznych wydarzeniach wojennych, bitwach, strachu, nie wspomniał nawet, że został ranny. 

Interesujące są zdjęcia - pocztówki z frontu.

Zapewne książka cenna dla osób zainteresowanych "historią codzienności zwykłych ludzi".

W nocie edytorskiej czytamy

Publikując napisaną po niemiecku korespondencję Antoniego Przybyły zachowaliśmy charakter oryginalnych tekstów, nie ingerując w treść, niewolną od błędów interpunkcyjnych, ortograficznych, gramatycznych oraz od rozmaitych stylistycznych osobliwości, o ile w tekście niemieckim nie poprawiono wspomnianych błędów, o tyle w tłumaczeniu polskim nie tworzono ekwiwalentów owych błędów.

 

Koblencja, 27.06.1917

Droga Siostro!

Szczęść Boże! Już od 3 tygodni jestem po urlopie w Koblencji, ale jak dotąd dostałem od Ciebie tylko kartkę. Na mój gust to skandal, ale cios za cios, jak Ty mnie, tak ja Tobie. Nic Ci nie napiszę, dopóki nie dostanę czegoś z domu. Uwierz mi, mam już wszystkiego po dziurki w nosie, Niemcy, Niemcy ponad wszystko. Cholerna wojna. Jak źle nam idzie, to jak wejada od pierona. Mam nadzieję, że trochę Cię moja kartka poruszy.

Serdeczne pozdrowienia i całusy śle Tobie oraz moim ukochanych Rodzicom, Braciom i ich Rodzinom Twój kochający Cię

brat Anton


"Małopolski"

nati.z

Mamiko, Nowa Ruda 2013

 

Książka na słotną jesień ( może dlatego, że ta pora roku skłania

do głębszych przemyśleń) napisana z humorem. Bohater krótkich opowiastek,

żyjący w tej naszej polskiej rzeczywistości, pyta dlaczego świat, relacje

międzyludzkie są takie, dlaczego na jego krytyczne uwagi, przemyślenia

osoby kreślą sobie kółka na czołach ( wszak są wyznawcami nowej religii?).


Fragmenty:

OOOO

 Małopolski zapisał się do klubu poetyckiego.– Wiersz przyniosłem – powiedział. Poeci się zainteresowali. Nowy i z wierszem, dobrze zaczyna – pomyśleli. Małopolski sięgnął po torbę, odpiął zamek, wyjął jakieś papierowe zawiniątko, z niego kanapkę z żółtym serem i plastrem polędwicy sopockiej ( po 24 zł. za kg,), i wgryzł się w to, co odwinął z papieru.– Coś pan?! – oburzali się jedni. –  Gdzie wiersz?! – pytali drudzy. – Przepraszam – przeprosił Małopolski. – Podobno nie wolno mówić z pełnymi ustami, ale to przecież wiersz! – Jaki wiersz?! Gdzie jest ten wiersz?! – zakrzyknęli zgromadzeni poeci.Małopolski wskazał na kanapkę.– Wszystko jest poezja! – powiedział. Poprosili go, żeby nie przychodził. I tak sam miał zrezygnować, bo nudno było.

O

Wysłał kanapkę na konkurs poezji awangardowej. Dostał wyróżnienie drukiem.

O

Małopolski postanowił wydać tomik wierszy. Wierszy jeszcze nie miał, ani jednego, więc zastanawiał się, od czego by tu zacząć. Zaczął od tytułu. „Papier, „Kanapka”, „Wiersze na śniadanie” – różne tytuły chodziły mu po głowie, ale na żaden nie mógł się zdecydować. Wreszcie postanowił nazwać tomik bezpretensjonalnie – „Bez tytułu”. – To nawet nieźle brzmi, a końcu tyle jest wierszy bez tytułu, a takiego tomiku nie ma wcale – stwierdził.

O

Małopolski zakochał się. Zupełnie się tego nie spodziewał. Dotąd był na to odporny, a tu masz babo placek! Nieoczekiwanie się to stało. Szedł sobie chodnikiem – jak to miał w zwyczaju, starał się nie nadeptywać na szczeliny między płytami, nawet mu to  – gdy ją ujrzał. I wtedy nadepnął na linię. Stanął jak wryty i patrzył. A ona patrzyła gdzieś obok. Spojrzał w tym kierunku, ale tam nic ciekawego nie było. Drzewo, a za nim ściana budynku z oknem. „Co ona tam widzi, że tak się w to okno wpatruje?” – zastanawiał się. Jeszcze długo stał i patrzył na dziewczynę. Podobało mu się w niej wszystko: blond loki, piękna, rześka cera, szczupłe nogi, wąska talia, no i ubrana była ślicznie – w zwiewną w egzotyczne kwiaty, na których przysiadły kolibry. Mógł tak na nią patrzeć godzinami, więc patrzył. A ona stała. A jak słońce zaczęło się chować za budynkiem Zespołu Szkół Mechaniczno-Samochodowych, z budynku wyszła jakaś pretensjonalnie ubrana młoda kobieta, popatrzyła dziwnie na Małopolskiego, coś jakby prychnęła na jego widok, a on nie zdążył nawet zareagować, kiedy podeszła do jego ukochanej, chwyciła ją wpół i wniosła do wnętrza budynku. Wyszło na to, że Małopolski źle ulokował uczucia.

O

Małopolski zauważył, że ludzie, którzy zakładają mundury, jakby jednocześnie zdejmowali część siebie. Jakby ich ubywało tam, gdzie była serdeczność, życzliwość i bezpretensjonalność, a przybywało tam, gdzie jest powaga i przekonanie o swoich racjach.

 – Zespół przerośniętego ego – mawiał na takich.

 

z "Ostatniego rozdania"

nati.z

Pod koniec marca skończyłam czytać najnowszą powieść Wiesława Myśliwskiego. Nie rozczarowałam się nią, była może troszkę "inna" od pozostałych. Przypomniała mi "Muzeum Niewinności" Orhana Pamuka. Tu i tam, bohater powieści wspomina kobietę, którą kocha. Wspomina przeszłość. Trudno mu się uwolnić od tego wspominania. Jakby, to wspominanie przedłużało mu życie, jakby dla tego wspominania żył.

Wiesław Myśliwski w programie poświęconym jego twórczości, powiedział: literatura jest cmentarzyskiem, tylko niektórzy zmartwychwstaną. Pokora z jaką mówi o pisaniu, niejednemu pisarzowi, czy poecie przydałaby się, oj przydała. Ktoś kiedyś powiedział, najlepiej czytać autorów, którzy nie żyją od trzydziestu lat. Jeśli jest publikowana ich twórczość, to znaczy, że zmartwychwstała.

Ostatnie rozdanie

Kilka fragmentów z "Ostatniego rozdania"

Każdy jest przecież czymś w rodzaju zbioru obijających się o siebie ułomków, wypalonych niczym meteory, których nic z sobą nie łączy, pogasłych nadziei, marzeń, zetlałych pragnień, zaprzepaszczonych uczuć, kłamstw podszywających się pod prawdy i prawd podszywających się pod kłamstwa, a wszystko to niezdolne choćby krążyć wokół wspólnej osi.

("Ostatnie rozdanie")

 

- Widział pan może film "Siódma pieczęć"?
- Nie - powiedziałem, jakkolwiek widziałem. Pamiętam, że wychodząc z kina, nie czułem się już młody. Wszystkie potem filmy, a często chodziłem wówczas do kina, mierzyłem jego miarą. Żaden tej miary nigdy nie osiągnął. (...)
- Wielki film - powiedział. - Koniecznie powinien pan go kiedyś zobaczyć, jeśli będzie pan miał taką możliwość. Przypomniał mi się, gdy zobaczyłem pana siedzącego na tym pniu. Jest tam wstrząsająca scena. Rycerz ze swoim giermkiem wracają z wojny krzyżowej. Nie wiadomo zresztą, czy wracają. Jadą po prostu przez świat, w którym łatwo się zgubić, zabłądzić. Straszny to świat. I oto widzą nad brzegiem morza, siedzi ktoś zakapturzony na kamieniu. Wygląda, że to pielgrzym, który przysiadł ze zmęczenia albo może przykuł go spokój i bezkres morza. Zatrzymują się, giermek zsiada z konia, podchodzi do niego, aby spytać o drogę, i zagląda w jego skrytą pod kapturem twarz, a ta twarz wyjedzona przez śmierć.
- Jak pan widzi, nie jestem umarły, a też nie umiałbym wskazać nikomu drogi. Chyba że tę za naszymi plecami - zażartowałem. 
Nie zrozumiał tego jako żartu.
- Nie o to chodzi w tym filmie, tylko że wszyscy idziemy drogą, którą wskazują nam umarli.

Cały film "Siódma pieczęć" 

Mówi się, co prawda, być sobą. Mówi się w zuchwałym przekonaniu o stałości naszego ja. Powtarza to każdy. Lecz być sobą tak naprawdę nic nie znaczy. Aby być sobą, trzeba być kimś, to znaczy wiedzieć kim się jest. A jak możemy to ustalić, zagubieni wśród ciągle zmieniających się wyobrażeń siebie? Pragnienie poznania siebie jest daremnym błądzeniem pośród tych wyobrażeń. Być może nawet czymś w rodzaju tęsknoty za sobą, rozpaczy za sobą, ale tez ustawiczną ucieczką od siebie w nasze o sobie wyobrażenia. Powie ktoś: a pamięć? Czyż nie jest strażnikiem naszego ja? Czyż nie zapewnia nam poczucia, że to my, nie kto inny? Czyż nie scala nas, nie nadaje nam znaczenia? Otóż nie radziłbym ufać pamięci, jako że pamięć jest podległa naszej wyobraźni, więc nie może być wyrocznią prawdy o nas. Tak naprawdę kim jesteśmy, zawdzięczamy wyobraźni. A wyobraźnia nigdy nie idzie w parze z pamięcią, nie odróżnia prawdy od szaleństwa. Nie mówiąc już, chociaż może się to wydać niedorzeczne, że nie mieścimy się we własnej pamięci. Pamięć jest nieledwie cząstką naszej przestrzeni. A jak rozległa to przestrzeń, nie wiemy. Czasem sny ujawniają jakiś jej skrawek, czasem objawia się w jakichś nieokreślonych przeczuciach, w przypływach, odpływach wiary, niewiary w sens, bezsens istnienia, w pragnieniach nie wiadomo czego, jakby tę naszą przestrzeń wyznaczał nieustający lęk. Przed czym? Każdy z pewnością pomyśli, przed śmiercią. Otóż nie. Tym nieustającym lękiem napawa nas to, że jesteśmy, a nie jesteśmy w stanie sprostać temu, że jesteśmy. Wielkie to brzemię sam dla siebie człowiek.


w krainie lodu (2)

nati.z

Śpiew o południowej stronie

 

Tam w południowej stronie wielka góra Kunak

 – Widzę ją.

Tam w południowej stronie wielka góra Kunak

 – Spoglądam na nią.

Tam w południowej stronie jaśniejące światło

– Patrzę na nie.

Tam  za górą Kunak rozpina się

To samo światło, które

Skłania się ku morzu.

Patrz, jak w południowej stronie

Zmieniają się, wzbierają chmury,

Patrz, jak w południowej stronie

Pięknieją jedna od drugiej,

Szczyt Kunak skłania się ku morzu

W płynących chmurach,

Skłania się ku morzu.

I dlatego pięknieją od siebie nawzajem.

 

Śpiew o łowach

 

Śpiewam najlepiej, jak potrafię,

Śpiewam o dzisiejszych łowach,

O nich śpiewam w swoim śpiewie.

Cały dzień chciałem o nich śpiewać,

O tym spotkaniu, tam,  na północ.

Gdzie się obaj spotkaliśmy.

Tam, na północ.

Ścigaliśmy się tam z sobą.

Godziliśmy  tam na siebie.

I dla niego tam śpiewałem

Swoje śpiewy, by go uśpić.

Śpiewam najlepiej, jak potrafię,

Dla niego śpiewam tak, dla niego,

Dla niedźwiedzia, co go teraz stamtąd wiozę.

 

 

Słowo eskimoskie na określenie ”rymowania”  jest synonimem  czasownik „oddychać”, zaś oba te słowa pochodzą od  wyrazu anerka  – dusza, która jest nieśmiertelna. Zgodnie ze składnią eskimoską „wiersz” jest  „słowem wypełnionym tchnieniem”.– „Pozwól mi oddychać nim” – powiada poeta eskimoski zaczyna swój wiersz: „Ułożyłem poemat na progu mojego języka”.

"Ognista Kula" Jacek Machowski,  Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1970r.


w krainie lodu (1)

nati.z

 

Sypie gęsto drobniutkim śniegiem, minus siedem. Już czas na narciarski weekend, czeka Magura. Wezmę z sobą starą książkę, która niedawno przy bibliotecznych porządkach wpadła mi w ręce.

"Ognista kula", zbiór legend, baśni i bajek eskimoskich, które zebrał, opracował, wstępem opatrzył Jacek Machowski.Wydał ją Państwowy Instytut Wydawniczy (Warszawa,1970). Wydanie pierwsze. Biała okładka ze złotymi napisami zniszczyła się dawno. Została twarda, czarna płócienna oprawa, z tłoczonymi postaciami Eskimosów, psich zaprzęgów, niedźwiedzi polarnych.

W przedmowie autor przybliża nam kulturę i sztukę Eskimosów, pisze o języku eskimoskim, który można uznać za język bogaty i jednocześnie ubogi. Skąd taka rozbieżność. Język eskimoski jest bogaty, ponieważ na określenie przedmiotów, zwierząt, zjawisk ma wiele nazw. Morsa można nazwać aż dziewięć razy. Każda nazwa określa jednocześnie wiek samic, czy samców.

Ubóstwo natomiast wynika z warunków zewnętrznych - niewielka ilość przedmiotów z którymi stykają się na co dzień Eskimosi, ubóstwo świata roślinnego i zwierzęcego.

Jak pisze autor:

Język eskimoski jest polisyntetyczny. Birket-Smith porównywał go do chemii organicznej.(...) Jedną z charakterystycznych cech języka eskimoskiego jest niezliczona ilość końcówek i przyrostków. W swej najprostszej formie każdy rzeczownik może ich mieć do 36, czasowniki zaś aż 600.(...) Często jedno słowo eskimoskie odpowiada całemu zdaniu w innym języku.

Np. słowo : imeramiutartinginakoratlerkamignunayagtut tłumaczy się całym zdaniem: poszli tam, gdzie zwykli łowić norki.

Język Eskimosów jest językiem żywym i stale się rozwija.

Następne rozdziały zawierają legendy, baśnie i bajki Eskimosów syberyjskich, alaskańskich, kanadyjskich, grenlandzkich.

Twórczość literacka Eskimosów to głównie poezja i testy pieśni.

Pieśni eskimoskie:

 

Śpiew o młodości

 

Kiedy byłem młody,

Każdy dzień był początkiem

Czegoś nowego

I każdy wieczór się kończył

Błyskaniem świtu z następnego dnia.

 

Śpiew o gościach


Ziemie wokół mojego domu

Są dużo piękniejsze

Od tego dnia,

Kiedy mogłem zobaczyć

Twarze, których dokąd nigdy nie widziałem,

Wszystko jest dużo piękniejsze,

Wszystko jest dużo piękniejsze,

I życie się stało pełne dziękczynienia.

To goście, ci moi goście

Sprawili, że mój dom jest wielki.

 

"Ostatnie rozdanie"

nati.z

 

Ostatnie rozdanie

 

12 września ukaże się nowa powieść Wiesława Myśliwskiego 

pt. "Ostatnie rozdanie".

 

Człowiek, który wspomina, bezwiednie kreuje swoje przeżycia. Pamięć nie daje żadnych gwarancji, że tak właśnie było. Wspomnienia mają podkreślić, że nie jesteśmy byle jacy, przypadkowi. Nawet jeśli wspomnienia są tragiczne, to my je wspominamy jako nasze osobiste zwycięstwa, żeśmy to przeżyli, żeśmy dali temu radę

Wiesław Myśliwski


Artykuł na temat książki i nie tylko, można przeczytać tu i tu (zajrzeć do książki)


Z "Pieska przydrożnego" (1)

nati.z

  


Persona

Persona. Wyjątkowo duże znaczenie ma odkrycie, że kiedy

mówimy „ja” i opowiadamy w swoim imieniu, może to być

tylko chwyt literacki. Kiedy ten poeta uznał, że przemawia

w wierszu nie on sam, ale stworzona przez niego

p e r s o n a,  przybyło mu śmiałości i przezwyciężył swoje

skrupuły powstrzymujące go od zmyśleń. Odwoływał się

do okruchów swoich przeżyć, ale łączył je,  żeby napisać arię,

śpiewaną przez trochę tylko podobną do niego postać.

 

Wyższy-niższy

(…) Poeta pisze dla równego sobie, niejako rozdwaja się

na autora i czytelnika albo słuchacza, a ten jest idealny,

to znaczy ma wiedzieć i rozumieć tyle, co sam autor.

Niestety mało jest takich czytelników idealnych. Odbiór

polega najczęściej na błędnym odczytaniu, a badacze

i krytycy na błędnych odczytaniach budują swoje teorie.

(...) 


"kocha się za nic"

nati.z

Widnokrąg

Fragment powieści można przeczytać tutaj

" Nie za wygląd się kocha, ale nie wiadomo za co. A jak kocha się, to i co na wierzchu się kocha, i co ukryte, i co może się stać, tak tobie, jak i mnie, czyli jemu albo jej. I wtedy nieważne, czy ktoś łysy, czy że poci się. Nie kocha się osobno, że ktoś wysoki jest, a ktoś ma takie czy inne oczy, czy choćby ktoś najpiękniej mówił, bo jeden może być wymowny, a drugi nie. Z ilu zresztą ludzi trzeba by składać na takiego jednego czy jedną, żeby nie miał żadnej wady, a jeszcze mógłby wyjść z tego jakiś stwór, nie człowiek. Kocha się tak samo przez wady i nieszczęścia i może nawet głębiej, a najgłębiej kocha się przez ból. Może być ktoś wysoki, zadbany, wymyty, pachnący, a nie ma go za co kochać."

 

Wiesław Myśliwski w rozmowie z Leszkiem Bugajskim i Piotrem Kępińskim; "Newsweek". Fragment.

"Według mnie literatura rodzi się nie z wiedzy, lecz z niewiedzy. Powiedziałem już kiedyś: piszę, bo nie wiem. Piszę powodowany tylko przeczuciami, intuicjami, niejasnymi wyobrażeniami, które w trakcie pisania zmieniają się, modyfikują, odpadają. Jeśli ktoś mnie pyta, dlaczego pan pisze, odpowiadam: dlatego że podnieca mnie to, że nie wiem. Podnieca mnie to, że pisząc, poznaję świat. A to zmusza mnie do poszukiwanie samego siebie. Gdybym nie pisał, nie wiedziałbym tyle o sobie. Bo przecież muszę się wstawiać w różne role, sytuacje. Muszę się utożsamiać z tymi sytuacjami, postaciami, dialogami, żeby to wszystko było prawdziwe. Gdybym się nie utożsamił, tylko pisał z dystansu, poniósłbym klęskę."


"życie pełne nadziei"

nati.z
Wczoraj w końcu udało mi się obejrzeć w całości "Życie Pi"
Zbiera różne recenzje i krytykę.
Mnie jednak nie rozczarowała filmowa adaptacja powieści Yanna Martela.
Książkę "pochłonęłam" w 2005 roku. Przeczytałam wtedy także "Ja" Y. Martela,
kontrowersyjna powieść raczej nie doczeka się filmowej adaptacji.

Oto fragment "Ja" do którego lubię wracać.

Przeźroczysty płyn w naszych oczach to morska woda, co oznacza, że żyją w nich ryby, ponieważ słona morska woda jest naturalnym środowiskiem dla ryb. Niebieski i zielony to kolory wody najbogatszej w morska faunę i florę, a więc w niebieskich i zielonych oczach mieszka najwięcej ryb. Ciemne oczy są nieco mniej bogate, natomiast w oczach albinosów nie ma prawie żadnych ryb, niestety. Ale przecież liczba ryb w oku nic nie znaczy... Jedna tygrysia rybka może być równie piękna i imponująca jak cala ławica tuńczyków. To, że nauka nigdy wcześniej nie odkryła istnienia ocznych rybek, wcale nie odmawia słuszności tej teorii, wręcz przeciwnie, podkreśla kluczową hipotezę, która brzmi: pokarmem ocznych rybek jest miłość i tylko ona stanowi dla nich dość silną pokusę, aby zbliżyły się do powierzchni. Jeżeli spojrzysz komuś w oczy z zimnym, empirycznym zainteresowaniem, jest to zupełnie tak, jakbyś głośno i nieuprzejmie zapukał palcem w szkło akwarium, strasząc mieszkające w nim rybki...Gdy patrzymy w lustro i nie widzimy w swoich oczach rybek świadczy to o smutku, zagubieniu i braku wiary w siebie...




Z dalekiego Wschodu

nati.z

Piątego lutego dostałam prezent od T. I. - jego najnowszą książkę (a w niej

coś jeszcze). Sprawiła mi wielką radość.

 

 



 

Została wysłana w Japonii 1 lutego, we wtorek już była w moich rękach.

Można powiedzieć, że poczta działa błyskawicznie. Jednak szybsza jest myśl.

Książka tak, jak pozostałe jest pięknie, starannie wydana,

z gustem i skromnością.

T. I pisze pod pseudonimem Kazuma Jura.

 

Inne książki T. I.

 

 Hizumi

 Daidai Ha Sarani Yoshi

 Aijin to Urushi No Utuwa

Tanatos

"życie jest pisaniem, pisanie jest życiem"

nati.z

Notatnik z wyspy - Wioletta Grzegorzewska

Wyjazd na stałe z kraju i zamieszkanie na małej wyspie nad cieśniną Solent to nie tylko przekroczenie granic na mapie, ale także proces odwrotny. W tym lirycznym notatniku emigracja została pokazana jako próba zatarcia wszelkich granic w sobie, w czasie. Niejednoznaczny i dziwny stan umysłu jaki autorka opisała w jednej ze swoich sylw: „Życie pomiędzy światami. Życie w żywych i w umarłych. Pomiędzy wiejską pełnią i wielkomiejską pustką.
 

Fragment z książki :

27.05.2010
Starsza kobieta, na pierwszy rzut oka Arabka, po zjedzeniu lunchu toczy się niezgrabnie do drzwi. Ma spuchnięte łydki pokryte żylakami. Biegnę za nią i podaję jej czarną, wyszywaną cekinami torbę:
– Przepraszam, pani torebka! – wołam po angielsku. Kobieta dziękuje. Przygląda mi się uważnie. Patrzy w oczy i na koniec mówi coś w niezrozumiałym dla mnie dialekcie. Z potoku jej słów potrafię wychwycić tylko jedno wyraźnie wymawiane:
– Takija, takija!
Po kilku godzinach dosyć wyczerpującej pracy wracam do domu. W niedzielę po jedenastej w nocy stoję sama na przystanku. Kręcę się w bańce deszczu.
– Takija, takija! – piszczy mewa.
Chyba znowu mam stan podgorączkowy. Kaszel. Palce śmierdzą domestosem. Coś rozprzestrzenia się pod skórą, kondensuje na blaszkach płuc jak szron na liściach. Jest tak cicho na wyspie, że słyszę, jak woda spływa strumieniami do studzienek kanalizacyjnych.
Wpadam do domu. Rzucam reklamówkę z uniformem na podłogę. Dzieci śpią. Szukam słownika wyrazów obcych. Jest takija, ładnie wyglądające słowo po arabsku: lęk, ostrożność, choć często tłumaczone jako ukrywanie i przyzwolenie na ukrywanie prawdziwych wierzeń, a więc ta stara rozpracowała mnie jednym spojrzeniem.
 
Interesujący wywiad z Wiolettą Grzegorzewską tutaj
 

Jean Genet w Katowicach

nati.z

JeanGenet-HansKoechler1983-cropped.jpg

Jean Genet w wieku 83 lat

Francuski dramaturg Jean Genet jest chyba jedynym sławnym pisarzem, który odwiedził Katowice w wyjątkowo niezwykłych okolicznościach. I w dodatku całkiem życzliwie je opisał. Nikt go tu nie witał ani nie zapraszał, przeciwnie, zaraz po przybyciu został aresztowany i spędził dwa miesiące w katowickim więzieniu. Co prawda, wtedy nikt nie mógł przewidzieć, że ten młody zabijaka zostanie kiedyś wybitnym twórcą, uznawanym na całym świecie za buntownika, ale także za moralny autorytet. 
dalszy ciąg artykułu tu

Galeria archiwalnych fotografii z lat 30, wykonanych w Więzieniu Karno-Śledczym w Katowicach przy ulicy Mikołowskiej, w którym osadzony był również Jean Genet. tutaj

Jean Genet stał się patronem konkursu poetyckiego - konkursu poezji więziennej. 
Jest to wewnętrzna incjatywa aresztu Śledczego w Katowicach. Pomysłodawcą konkursu
był Wojciech Brzoska, poeta i zarazem wychowawca kulturalno-oświatowy
katowickiego aresztu.
Interesującą wypowiedź Jerzego Suchanka na temat konkursu im. Jeana Geneta można
przeczytać tutaj
 

W tych dniach ukazała się ostatnia książka Jeana Geneta

W.A.B.
Warszawa, październik 2012
przekład: Jacek Giszczak

Więcej o książce tutaj

"Un chant d'amour" to jedyny film, którego reżyserem i twórcą scenariusza był Jean Genet.

Film można obejrzeć min. na video. google. Artystyczny film. Perwersyjny, obsceniczny, samotny męski więzienny świat. Czy tylko taki?

Simon Fisher zachęca do obejrzenia filmu. Na pewno wracać będę do muzyki.

Rewelacyjna.

Orfeusz i balony, i amerykańskie reklamy

nati.z
 
(...) w młodości mówiłem sobie, że bez szczeliny w mózgu nie mogę żyć,
a teraz przez wjazd amerykańskich reklam mam niemalże poplątane sznury
w mózgu...To jest zstąpienie Orfeusza i powrót do Źródła... przecież wzlatywać
mogą tylko balony, ale i mój mózg...a bez szczeliny w mózgu nie mogę żyć...
Nie żyłem jednak na darmo...i zobaczymy! Nie można nas odwszyć z wolności,
a kto buszuje w zbożu, nie może się niczemu dziwić..
                          Bohumil Hrabal "Balony mogą wzlecieć",
                          przekład Katarzyna Kępka - Falska i Maciej Falski
 
                      

                         

Język to chyba jedyne, czemu ufam?

nati.z
Fragment wywiadu z Dziennika Portowego 2012.
Z Leonitą Flynn rozmawia Grzegorz Czemiel.
 
Grzegorz Czemiel: Gdzie można dziś szukać etyki? Czy może ona kryć się w swym elementarnym pragnieniu komunikacji, o którym piszesz w wierszu "Język mojego ojca"? Emmanuel Lévinas twierdzi, że etyka zaczyna się właśnie od konfrontacji z innym człowiekiem. Czy tak też jest w tym przypadku?
 
Leonita Flynn: Nie jestem pewna czy dobrze rozumiem Lévinasa, ale jeśli miałabym dziś szukać etyki, to zdecydowanie w odwróceniu się od własnej korzyści. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że świat zaczyna się obracać wokół kupowania i sprzedawania - wręcz kupowania i sprzedawania samych siebie, zwłaszcza gdy chodzi o aprobatę, na przykład w internetowych serwisach społecznościowych.Upatrywałabym więc etycznego znaczenia w niena-stawionym na zysk umieszczeniu innego człowieka wyżej niż siebie samego.
 
Grzegorz Czemiel: Czy nauczyłaś się bardziej ufać językowi, czy jednak tracisz
do niego zaufanie?
 
Leonita Flynn: Język to chyba jedyne, czemu ufam.
 
Grzegorz Czemiel: W pewnym wywiadzie wspominasz o "niejęzykowym komponencie języka". Czy chodzi ci o jego materialność, połysk lub nieprzeźroczystość pewnych słów - to, że mogą być jak klejnoty?
 
Leonita Flynn: Rzeczywiście tak się wyraziłam? To jest coś, co zawsze fascynowało mnie w poezji Medih McGuckian. Ostatnio też zauważyłam, że w mojej najnowszej książce jest kilka wierszy, w których dotykam tego "nic nieznaczącego" wymiaru słów - świszczących odgłosów, ledwo słyszalnych tupnięć i pomruków, lub powtarzanego w kółko słowa thing. Wydaje mi się, że zarówno w konstrukcji jak i warstwie muzycznej każdego dzieła poetyckiego - nowoczesnego i nie tylko - jest coś takiego, co - o ile nie ma funkcji dekoracyjnej jak klejnoty właśnie - rządzi się inną logiką niż dosłowne znaczenie słów. Wydaje się, że jest to rzeczywiście pewne alternatywne "niedosłowne" medium komunikacji.
 

żeby bolało

nati.z
 
Od kiedy moi rodzice zamieszkali na wsi w domu, który miał być przystanią
wakacyjnych pobytów, stałam się mistrzynią w wyjmowaniu drzazg.
Wyjmowałam: sobie, mężowi, dzieciom, mamie, ojcu, babci.
Dwa ruchy igłą i już. Są jednak drzazgi, których nie da się wyjąć,
zawsze gdzieś będą w nas. Od czasu do czasu zabolą. Każdy kto pisze
o tym wie. Czasem w wierszach, prozie pojawiają się ich frazy, zarysy, 
fragmenty. Nie należy jednak autora równać z podmiotem wiersza 
czy bohatera opowiadania ( tak się bronimy).
 
Wioletta Grzegorzewska przejmująco i mocno opowiada o losie kobiet
 w "Trzech wiosnach" . 
 

Orfeusz i Eurydyka (1)

nati.z
 
(…S. po powrocie z Orłowa przegląda Metamorfozy, które
właśnie otworzył na stronie, na której Owidiusz opowiada
o Orfeuszu i Eurydyce. Zza uchylonych drzwi do sąsiedniego
pokoju dobiegają wiadomości TVN. Za oknem chmury postrzępione, białe,
z szarymi brzuchami, ostro podświetlone zimnym słońcem, płyną nisko nad linią
morza znad Helu w stronę błękitniejących wież Gdańska. S. przewraca
kartkę. Patrząc na rzędy liter rzymskiej opowieści czerniejące
na żółtawym papierze, czuje niepokój, którego przyczyn nie potrafi określić…)
 
(…) że też tak długo nie dostrzegłem dziwnego fałszu
w opowieści o Orfeuszu i Eurydyce. (…)
 
Co była warta ta jego przereklamowana miłość, nad którą
wszyscy pieją z zachwytu, skoro po siedmiu dniach lamentu po prostu
otrząsnął się z miłosnej rozpaczy jak pies
wychodzący z wody i wybrał życie w słońcu – bez niej?
Nie był zdolny pokochać ulotnego cienia? Umiał kochać
tylko mięsno-kościsto-cielesną? Z włosami, z paznokciami,
z kroplami potu na skórze, z czerwonym otarciem na prawej pięcie?
Co warta jest miłość, niezdolna kochać ulotnego cienia kobiety,
który nie ma włosów, potu na skórze, paznokci i czerwonego
otarcia na pięcie?
 
 
"dziennik dla dorosłych" Stefan Chwin
Wydawnictwo Tytuł,  Gdańsk
_____________________________________________________

Metamorfozy

Z "dziennika dla dorosłych"

nati.z
 
Wielkość człowieka
 
 
 Jesteśmy na targach książki w Göteborgu.
 Do wejścia podjeżdża z nami na wózku inwalidzkim
Thomas Tranströmer, największy poeta Szwecji.
Przy wejściu dwudziestoletnia Szwedka z obsługi targów
wyciąga rękę: „Bilety proszę!”.
Tranströmer nie ma biletu. Przyjechał na wózku na swój
własny wieczór autorski, który ma się zacząć za kilka minut.
Towarzysząca mu kobieta woła do młodej Szwedki:
„Proszę nas wpuścić! Nie widzi Pani? To pan Tranströmer!”.
Dziewczyna rusza ramionami i blokuje nogą wejście:
„To co, że Tranströmer? Bilety proszę!
Nigdy o żadnym Tranströmerze nie słyszała.
 
"dziennik dla dorosłych" Stefan Chwin
Wydawnictwo Tytuł,  Gdańsk 2008

© odrosnę w rdzeniu drzewa
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci